FREE4x4 zajmuje się organizacją zlotów, rajdów i wyjazdów turystycznych
dedykowanych głównie posiadaczom Land i Range Roverów

Bałkany na punka i na szybko.

23-05-2018
Trochę czegoś tam (foto i tekst) o wyskoku na Bałkany.

 

To jest absolutnie Land Roverowy wywód. Byle tylko czytelnik dotrwał do końca. 

 

Dawno nic tu nie pisałem bo a to mi się nie chciało, a to mam trochę tematów napoczętych i deficyt czasu zupełny.

Ów deficyt czasowy zaprojektował nam wyjazd motocyklowy. Ale o LR też będzie.

Postanowiliśmy z Grześkiem skoczyć do Albanii i wyrobić się w tydzień bo czasu coś ostatnio mało, a wyjazdów i afer dużo.

 

I tak, będąc już na śląsku zaproponowałem, żebyśmy pojechali jednak do Bułgarii bo Alabnia już nam znana.

Zmieniliśmy koordynaty celu i poszły konie po betonie.

Czechy, Węgry, Serbia, nocleg w krzakach.

 

 

 

Rano dalej dzida, po południu mega przejazd przez rozpoczynające się pasmo górskie i skały.

Bułgaria, sklep, wino, nocleg w krzakach.

 

 

Rano przejazd przez góry i refleksja, że w Albanii jednak jest ciekawiej.

Zmiana koordynatów celu.

Znowu Serbia, Kosowo. Obiad, zakupy i dzida. Wieczorem nocleg w krzakach, już w Albanii.

 

 

Wyznaczony nowy cel - znane Theth. Kiedyś kręciliśmy się po tamtych okolicach, sławny wyjazd z Materacem, Izą, Michałem i plejadą dziecysk, na dwa LR-y, ale cały czas lało, a my w chmurze byliśmy (jeszcze wtedy nie autorstwa Apple). 

Do końca asfaltu jedziemy w słońcu, jakaś kąpiel i banany na twarzach.

 

 

Zaczyna sie offik. Napotkana ekipa w terenówce wspomina coś o wyskoim śniegu. Ignorujemy bo jest mega upał a śnieg widać tylko na bardzo oddalonych szczytach. 

 

 

Ryjemy kilka godzin... robi się już ciemno. Jest wybitnie dobrze. Ja na obrzynie z Trampka, na lekko, na punka (jedne skarpy, jedne majciochy, jedna koszulka, jeden cieńki śpiwór (zbyt cieńki), osiem trytek i scyzoryk), Grzesiek na zapakowanym jak przystało na wczasy pod gruszą, starym GS-em. Ciężko mu trochę uprawiać ten rock krauling i w końcu trasę mianujemy trialem.

Pod koniec tytrania na jedynce (GS-em), tudzież dwójce (Trampkiem) natrafiamy na asfalt i jeszcze w słońcu przyjmujemy po zimnym bro. Wybitnie przyjemna sytuacja, gdyż baza ma być tuż za rogiem. Ale to był lekki błąd nawigacyjny.

 

 

Jeszcze osiem km, a asfalt skończył sie po stu metrach.

Wracamy do trialu. Do Theth dojeżdżamy już zupełnie po ciemku.

Wita nas właściciel nowego hotelu, serwując zimne bro.

 

 

I kiedy tak sobie z Grzechem dyskutujemy jak było trudno, a jak jutro będzie łatwiej, to serwujący bro jegomość wystrugał zdanie brzmiące jakoś tak... "nie jutro, nie dzień po jutro, tylko dzień po po jutro, przyjedzie duży traktor i zrobi drogę dalej bo dwa metry śniegu jest i nie przejedziemy, dlatego hotel pusty"...

Co kuwa? Czyli, że jak chcemy jechać jutro dalej to musimy wracać?

Odpowiedź serwującego bro zabrzmiała - Yhmm. Kiwał też głową, góra - dół. Kilka razy.

Zmiana planu. Szybka kolacja, jeszcze szybsze bro i lutujemy spać bo jutro skoro świt trzeba ruszać. Właśnie wyjazd nam się skrócił o jeden dzień, a te są policzone.

Od rana offik, trial i rock krauling w znanej już postaci. Jedzie się wybitnie dobrze więc popuszczam wodze fantazji i jadę szybko, do czasu jak nie lutnę gleby w rzece. Obrzyn nie ma plastikowych boczków i wlot do air boxa w finezyjny sposób nurkuje w wodzie. Dobra jednostka Hondy zaciąga więc mułu do pełna. Po wyjęciu syfa z wody, rozpoczyna się akcja pozwalająca odpalić paścia. Woda w gaźnikach, butach i filtrze powietrza of kors. Nie posiadam zamiennego, więc jedyna koszulka zamienna znajduje zastosowanie.

 

 

Po dojeździe do asfaltu jakoś w południe, przyjmujemy mega obiad. 

I okazuje się, że mam kapcia z przodu. W przemiłej scenerii, rzemieślnik (lokalny nindża) robi robotę. 

 

 

Jesteśmy zdeko do tyłu z czasem. Włączamy nawiajatory asfaltu.

Czarnogóra, Bośnia i nocleg w krzakach.

Postanawiamy, że na obiad ma być ryba i owoce z młeża, nad brzegiem Adriatyku i kąpiel w okolicach Zadaru.

Chorwację czeszemy autostradą, żeby nadrobić czas na czasoodmierzaczu.

Poprzednie dni mieliśmy tylko upał i słońce. W połowie długości Chorwacji zaczyna sie kolorować niebo, na ciemno.

Obiad już w deszczu, burzy znaczy się. Im dalej na północ tym bardziej wali z niebios. Dżises kuwa, o co ciebie chodzi?

 

Nocleg w krzakach z widokiem na Zagrzeb. Wszystko mokre.

 

 

Słowenia i Austria w mega giga turbo deszczu. Wszystko mokre.

Kolejnego dnia mieliśmy robić atak szczytowy na północ ale koordynaty znowu zminione. Przez Czechy malowniczą ścieżką jedziemy do Srebrnej.

U Waldemara sauna i suszenie łachów.

 

 

Ostatni etap to esencja marnotrawienia czasu czyli nudny przejazd Wrocek-Gdańsk, autostradą. Kwintesencja szitu.

Do 3miasta wpadamy późnym wieczorem w sobotę.

Niedziela wskazana na odszumienie łba. Jazda obrzynem (sprzętem bez owiewek, kierunków, grzanych manet - takim zupełnym paździeżem) ma swoje plusy bo jak nie pada to jest klima non stop, a jak dobrze pada to potrafi w kasku padać od wewnątrz.

 

I tak, urodził się plan, żeby obrzynem skoczyć w przyszłym roku trochę daleko i tam paścia oficjalnie porzucić, z odpowiednimi honorami oczywiście. Gdzieś w okolicach chińskiej granicy, może jak go tam znajdą, przebadają, to zmienią podejście do jakości produkcji wszelakich dóbr, stosunkowo tańszych.

Przyszedł czas na niego. To jest moje pierwsze moto, które kupiłem wiele lat temu, nieco zdezorientowany (dzień po pewnej imprezie na plaży), pierwsze po pierwszym wypadku na MZ-cie 250 w latach 90-tych, kiedy to maszyna czyszcząca drogi wrzuciła bieg wsteczny, a że było mocno z górki i klakson nie działał, to przemieliło nas lekko z Balkiem pod podwoziem tegoż czyściciela dróg.

I ten oto Trampek był mi wierny lat wiele. Uczyłem się na nim kopać w błocie, piasku i podnoszenia go z gleby.

Ten wspomniany kalafior miał też incydent ogniowy. Sfajczył się w 1/3 długości kiedy fajczył się 4Land na Hallera w 3/4 swojej długości.

Po kilkunastu miesiącach od ugaszenia resztek tamtej hali, odciąłem fleksem spaleniznę, podłączyłęm aku do prądu zmiennego i co ciekawe, po wypluciu piany gaśniczej z wydechu odpalił bez pierdnięcia. Słyszałem też teorię, że jego wydech służył jako pisuar moim kolegom (koledzy..).

Nie miałem jakoś werwy, żeby go odbudowywać. Tak powstał niby bobber, gównolit, sztrucel wybitny, którym oto zrobiłem którąś tam długą trasę, a ten cały czas chce żyć. Jestem przekonany, że nie ma drugiego takiego sprzęta na świecie, a sam niedoceniany Trampek jest szczytem działania projektantów z Hondy. Zresztą, takich samych wynalazków używałem do innych dalekich, wyprawowo-off roadowych projektów i zawsze wracałem do domu z tamtego daleka (samolotem) :)

Pewnie porzucone tam gdzieś daleko, moje Trampki, dalej jeżdżą.

Ten pewnie jak dotrze do granic chińszczyzny, też będzie służył jeszcze wiele lat. Wierzę w niego.

 

Miało być o Land Roverach.

O Land Roverach już wszystko wiadomo. 

 

Houk.

t

 

P.S. Spotkania Land Roverowe coś w sobie mają. Tam się tylko gada o tych paściach.

Tu było podobnie :)

Całą drogę słuchałem o wyższości GS-a nad obrzynem. W pewnym momencie brakło mi argumentów. Coś w tym niby było. Ale jak mój tubo mały namiot musiałem zacząć wozić na plecach żeby odciążyć tego jego pancerwagena w terenie to pomyślałem sobie, że ja się temu jegomościowi odwdzięczę, co niniejszym czynię ;)

 

 

 

 

 

 

 

 

imprezy off-road, rajdy 4x4, land rover, range rover, turystyka alternatywna, wyprawy 4x4, wyprawy off-road, land rover off-road
Szybki kontakt:
Tomek Staniszewski+ 48 607 318 880tomek@free4x4.pl

Copyright [c] 2007-2019 4x4 FREE Off Road Club! All rights reserved.

Projekt i wykonanie: demeco.pl