FREE4x4 zajmuje się organizacją zlotów, rajdów i wyjazdów turystycznych
dedykowanych głównie posiadaczom Land i Range Roverów

Magadan czyli szybka zmiana planu

25-08-2017
Jak w trzy minuty można zmienić plan podróży. Zupełnie.

Na początku tego roku zaplanowaliśmy skok do Magadanu na motocyklach.

Później okazało się, że nie da rady wrzucić do tego samego pociągu motocykli i pojechać nim na trasie Moskwa - Irkuck. To miało pozwolić zyskać nam trochę czasu, bo od początku było jasne, że dłużej niż trzy tygodnie nie wykrzesamy.

Więc poszukując innego rozwiązania Grzegorz wpadł na pomysł jazdy autem (można jechać non stop, nadrabiając kilometry), a do kompletu dorzucił, że powinna to być Łada Niva, Russian Hero (i nie tylko), dalej zwaną.

 

No to poszło. Kupiliśmy tego Ruskiego Paździerza na Kaszubach, zimą bo zaimponowała nam jego trakcja w kopnym śniegu jak gdyby miał on wystąpić na trasie do Magadanu latem.

Grzech kulał przed siebie tą wschodniej produkcji Padliną kilka miesięcy i nie wybuchła nawet. Do pracy jeździł i na poligony.

Na dzień przed wyjazdem udało nam się jako tako to ogarnąć, przestało toto palić sto na sto, pozbyło się luzów zawieszeniowych i innych wszelakich oraz zostało doposażone w chiński snorkel, bagażnik dachowy hand made oraz dwa głośniki stereo zamocowane na wysokości uszu, żeby dawały jakiś efekt pośród huku z napędu i nie tylko.

Załatwiliśmy wizy i tuż przed wyjazdem okazało się, że jestem chory. Mam brać jakieś mega tablety, antybiotyki i nie mogę...

 

 

Ruszyliśmy w składzie trzy osobowym bo miejsce przewidziane na czwartego było miejscem na bagaż bo bagażnik nie jest bagażnikiem, mieści dwa garnki, piłę chińską jednorazową i trzy zupki też chińskie. Przed nami 11 800 km czasu.

 

 

 

 

Granica. W zasadzie pięknie się stało, jechać codziennie 700 - 800 km nie bardzo nam się chce, a do kompletu rosyjski celnik wybił nam koncepcję porzucenia Russian Hero gdzieś po drodze lub w samym Magadanie, grzecznie pokazując tabelkę ze sztrafem 5 tyś EUR za taki numer, płatne przy wyjeździe czyli wylocie. No to już na granicy mieliśmy nową koncepcję wyjazdu.

 

Postanowiliśmy na spokojnie chłonąć koloryt tego zawsze zaskakującego kraju.

 

 

 

W arcy miły sposób skosztowaliśmy okolic Ładogi, których nawet nie kojarzyłem z czasów rajdu, wciągnęliśmy kąpiel, rybę i takie tam dary boga aby znaleźć się w Karelii w miejscu atomowo pięknym, z sauną na piaszczystym cyplu, jak z katalogu Itaka lub podobnego dziadostwa.

 

Do kompletu wieczorem zajechało dwóch wybitnie naprutych typa w drelichach, po szybkim zapoznaniu i strzale dowieźli duuużo ryb, następnym kursem wędzarnik, następnym drewno, wódkę chyba i to wszystko.

Zacny wieczór spowodował, że następnego dnia zrobiliśmy chill outa cały dzień grzejąc w saunie, żeby wieczorem posiedzieć w niej około czterech minut w dymie. Niezła akcja. Rozpoczęliśmy też na poważnie połów ryb, żeby pod wieczór mieć jedną sztukę. Też niezła akcja.

 

 

 

Po tym 1,5 dniowym SPA rzuciliśmy się szutrówkami na północ.

Nawet najbardziej zepsuty, zdemolowany i sknocony Land Rover jest wygodniejszy od tej nazwijmy to Rosyjskiej NieMyśli Technicznej. No ale jakoś trzeba było to ścierpieć. Mając na pokładzie osiem kaset, pakę słonecznika i wizję, że na spanie znajdziemy jakąś giga miejscówkę z możliwością połowu foriela, da się.

Po drodze można spotkać inne Rosyjskie Myśli Techniczne, które są holowane przez NieMyśli.

 

 

 

Miszczowie architektury potrafią zaprojektować dacze, przystanie i mariny. Prawdziwy smak wyczuwa się w najdrobniejszych szczegółach. Taki nasz Sopot, Giżycko czy Mikołajki.

 

 

 

Przemieszczając się urządzeniem do przemieszczania przeskoczyliśmy Karelię, zacumowaliśmy na Kolskim na jakieś noclegi tak, żeby po gruntownym sprawdzeniu kwitów przez Armię Czerwoną dostać zgodę na wjazd na Półwysep Rybacki.

Komarsów wzięliśmy na stopa bo osiem kaset mieliśmy już na blachę obcykane, a tak zawsze można kogoś powyzywać.

Brzeg Morza Barentsa jest ładnie wykafelkowany. Pobrałem dwa na pamiatkę. Jeden kamlot widzę pod łóżkiem mi się już wala.

 

 

 

 

Po dniu ekstremalnie wolnego przeskakiwania z dziury na dziurę Rosyjskim Wozem Prawieterenowym doskoczyliśmy bazy polarno - turystyczno - niewiemjakiej.

Taki misz masz ale była stołówka, ruska bania, kraby, smutne baby i ich zafiksowani na połów dorsza malciki.

Lokalnemu kucharzowi pokazaliśmy co można ugotować z tego co tam mają (masa resztek z krabów), a on w odwecie pokazał nam jak uzyskać z morza warzywa, skoro wokół tylko skała i lodem zimą skuta ziemia.

Fajny chłop, najlepszy.

 

 

 

Chwilami można się tam poczuć jak na Islandii. Chropowaty klimat, pełne spektrum widoków, woda, skała i karłowate zieleniny. Dobre miejsce na spokojny off-road z brodami, chwilowymi brakami drogi i przestrzenią.

 

 

 

Kierując gablotę na południe i wspominając zupełnie niezłą pogode jak na odwiedzone miejsce odbiliśmy na lewo czyli wschód, skręcając w Chibiny.

I tu znowu nic nowego, elegancko wklejone w krajobraz niewielkich szczytów miasteczko przypomina, że podstawą smaku w architekturze jest nasrać tu i tam, rozsmarować to i pokropić na kororowo różnymi odcieniami blachy falistej, dachowej, częściowo zardzewiałej. Szkoda kliszy.

 

Ale można też zostać pozytywnie zaskoczonym.

Kawałek dalej rozpoczyna się miła off-roadowa ścieżka, wzdłuż krystalicznie czystej rzeki, która prowadzi w jakieś magiczne miejsce.

Tam oto, klimat i widok zmieniają się co kilka godzin, a że dalej jest to w przestrzeni gdzie noce białe są, to mamy pełen odjazd przez duże P.

 

 

 

Cała ta okolica jest na tyle mocna, że wypada tam zakotwiczyć na dzień, dwa.

Niestety nasza foriel kompania nie dała rady nic sensownego złowić, poznany sympatyczny Sasza też narzekał na brak ryby. Chyba lokalesi wszystko tu wyłapali.

Waldek zapuścił się gdzieś w głąb idąc z rzeką ale napotkane ślady misia podpowiedziały mu, że czas wracać do obozu, w szybszym tempie. Ja sobie leżałem bykiem myśląc o niczym.

Wyjeżdżając z Chibin dalej było z nami słońce. W zasadzie było z nami cały czas.

 

 

 

 

Zawsze wracając z jakiejś odległej krainy lub nawet mazurskiej wsi wrażliwy człowiek rozkminia o tym co zastał, kogo spotkał i dlaczego było tak czy siak.

I tak w ciągu kilku dni powrotnego marszu naszym Rosyjskim Bohaterem, który o dziwo nie zepsuł sie poważnie, w zasadzie w ogóle się nie zepsuł, no złapał z siedem kapci tylko, rozmawialiśmy przy solance i paskudnej ruskiej tuszonce o zastanej sytuacji.

 

Pozytywnie zaskoczeni miejscami i przyrodą, mniej pozytywnie ludźmi, u których widoczny jest jakiś zwrot anty polski (to oczywiście głupie jak but i możemy to zawdzięczać tylko jeszcze głupszej sferze politycznej i propagandzie w mediach niesionej), na deser dostaliśmy ten oto zestaw kontenerowy.

Grzegorz określił go pięknym patchworkiem. Waldek nie pamiętam co powiedział. A mi to przypomina Rosję, z jednej strony wielka konstrukcja, cudem jeszcze trzymająca się kupy, zardzewiała i dziurawa, brzydka jak cholera, dalej coś próbująca udowodnić bo do tego stworzona, a z drugiej, przy dobrym słońcu zachwyca.

t.

 

 

 

 

Polecam uwadze zdjęcia Grzegorza Urbana - zobacz galerię 

 

 

 

 

 

 

imprezy off-road, rajdy 4x4, land rover, range rover, turystyka alternatywna, wyprawy 4x4, wyprawy off-road, land rover off-road
Szybki kontakt:
Tomek Staniszewski+ 48 607 318 880tomek@free4x4.pl

Copyright [c] 2007-2019 4x4 FREE Off Road Club! All rights reserved.

Projekt i wykonanie: demeco.pl