FREE4x4 zajmuje się organizacją zlotów, rajdów i wyjazdów turystycznych
dedykowanych głównie posiadaczom Land i Range Roverów

Próba pobicia rekordu

19-07-2017
Podsumowanie całej akcji, dobre foty i słowo co się tam działo.

 

Minął dobry miesiąc od próby pobicia rekordu.

Nie udała się, to już wiadomo było rano, 17 czerwca, kiedy maszynka odmówiła współpracy.

Ten miesiąc był mi potrzebny, żeby przeanalizować całą sytuację i podjąć decyzję czy powalczę raz jeszcze.

Odpowiedź będzie poniżej.

 

Najpierw kilka zdań o tej akcji.

Chciałem pobić rekord w dwudziestoczterogodzinnej jeździe gokartem na otwartym torze. Do pokonania było ponad 1361 km.

Zakładając, że miałem to zrobić lokalnie, do dyspozycji pozostawał tor w Pszczółkach.

Podrzuconą Romanowi, szefowi obiektu moją propozycję zrobienia tego u niego, przyjął z ogromnym entuzjazmem i umożliwił mi trenowanie. W ciągu kilkanastu moich jazd na torze fajnie zgrałem się z załogą. To był super czas.

 

I tu zaczyna się krótka opowieść jak wyglądała sama próba pobicia rekordu.

 

Nie jestem i nie byłem zawodnikiem kartingowym ale zawsze podobała mi sie jazda tymi zabawkami.

Kupiłem więc wózek Birela z dwusuwową setką. Po pierwszej jeździe, u Grzegorza pod domem cudem nie rozkwasiłem się na bramie sąsiada. Wtedy poczułem, że sportowy gokart to będzie nieco inna zabawa niż wypożyczalniane zabawki.

Kilka treningów dwusuwem na torze dały mi mega, turbo wiele frajdy. To po prostu zapied.... a nie jeździ.

Jednak po konsultacji z chłopakami od kartów zdecydowałem, że do tak długiej jazdy niezbędny jest nieco spokojniejszy i wytrzymalszy sprzęt niż wyrywny dwusuw. Wpakowałem zatem do Birela silnik z KTM-a 125.

Odpalenie tego sześciobiegowego wynalazku i pierwsza jazda po torze dały mi kolejną giga frajdę.

Po zmienie przełożeń okazało się, że ten czterotakt nie jest wcale wolniejszy od dwusuwa, no może ma mikro mniejsze przyspieszenie ale czasy kółek wychodziły mi podobne.

Wciąż się dużo uczyłem... i dużo czasu poświęcałem na robienie karta i pracę nad kondychą.

Rozkminiałem tematy opon, ciśnienia, temperatury etc. Niezła lekcja techniki.

 

No to jedziemy!

 

16 czerwca rano.

To miał być dzień na zupełny relaks, odpoczynek i sen. Guzik prawda, tyle emocji, że nie ma mowy o spaniu.

 

16 czerwca 17.00

Jakieś fotopstryki, ostatnie ustalenia. Wesoło, sympatycznie.

Kropi deszcz. Każde okrążenie w deszczu to strata kilku sekund. Obserwujemy niebo i prognozy.

Decyduję się nie jechać na deszczówkach.

 

 

 

 

 

16 czerwca 18.00

Start. Ustaliliśmy wcześniej, że jadę 30 minut i robimy dwie minuty przerwy. Muszę wyjść, wyprostować gnaty, napić się, a w tym czasie chłopaki sprzwdzają technikę. Maciek ogarnia mnie, Grzesiek z Hubertem i Śliwką czasy i tabelki, Diabeł z Patrykiem sprzęta, Maks pomaga wszystkim itd.

I tak ma być do rana, do dłuższej przerwy technicznej. Wtedy ja się zregeneruję, a chłopaki zrobią większy serwis wózka.

 

 

 

18.00 - 19.00

Czuję się arcy dobrze. Dobrze mi się też jedzie. Po lekkim deszczu i poślizgach, tor wysechł, opony się nagrzały, mam pełną trakcję i wyśmienitą przyczepność. Gokart lata. Przerwy planowo. Technicznie wszystko OK.

 

 

 

21.00 - 23.00

W trakcie czwartej przerwy zgłodniałem. Napiłem się wody i zjadłem kawałek banana. Czuję się dobrze.

Na torze pojawiają się znajomi. Zaczyna się fajna jazda przy zachodzie słońca. Super, o to mi chodziło.

Sztuczne światło robi klimat. Technika w wózku sprawuje się idealnie.

W trakcie piątej przerwy rzucam pawia z nadzieją, że banan nie był dobrym pomysłem i już sobie poszedł...

Na stanowisku sędziowskim zmiana warty.

Po podliczeniu czasu i dystansu jestem ok 30 min do przodu! Niezłe tempo.

 

 

 

 

 

24.00 i dalej

Każda kolejna przerwa to kolejne pawie. Zaczyna mnie to męczyć ale wciąż czuję się dobrze, fizycznie.

Technika działa super. Cały czas trzymam równe tempo.

Na torze pojawia się kolejnych kilkunastu znajomych. O ich wizycie dowiem się kolejnego dnia (dotrze do mnie, że tam byli i że z nimi rozmawiałem).

Przestaję kumać sytuację tylko kręcę się w kółko - 30 minut jazdy, paw, 30 minut jazdy, paw

Maciek ogarnia mnie, chłopaki tabelki, sprzęt i siebie. Też zaczynają czuć zmęczenie.

Jedzie mi się wciąż dobrze. Czasy spadają o kilka sekund ale dalej jest poniżej minuty, planowo.

Trochę wydłużamy przerwy. Dwie, trzy minuty to za mało na płukanie wnętrzności.

 

 

 

03.00

Fizycznie czuję się dobrze. Nie bolą mnie ręce, nic mnie nie boli.

Nie mogę już znieść dźwięku wydechu, jeżdżę w stoperach czego nie lubię.

Jak robię zakręty to słyszę tylko dźwięk przelewanej wody, jakby lała się z jednego ucha do drugiego.

Boli mnie przełyk. Wymiotowałem już tyle razy, że nie mogę nic przełykać, posmak wymiocin powoduje, że odliczam każde okrążenie byle do przerwy, byle coś wypić i zwymiotować. To jest słabe.

Jedzie mi się dobrze. Był zachód, była jazda z księżycem.

Maks wpada na pomysł i wsiada do zastępczego karta. Budzę się do życia, zaczynam go gonić, żeby zdublować.

Czasówki powoli zaczynają wracać do normy.

Wydłużone przerwy i ogólne zamulanie zjadło trochę zysku czasowego. Muszę trzymać się wyznaczonych ilości kółek.

Coś mi się wydaje, że niekiedy silnik się ksztusi ale może mi się to tylko wydaje. Chyba jestem zjebany.

 

 

 

04.00

Gokart zaczyna przerywać. Zjeżdżam do boksu. Zmęczeni chłopaki szukają problemu.

Postanawiam odpocząć. Niewiele do mnie dociera. Jak na dobrej bani.

Lutuję się na glebę i zasypiam.

Rozjeżdża nam się organizacja, wszyscy zamulają. Ktoś zasnął. Chłopaki mobilizują mnie do dalszej jazdy, każą wstawać.

Na drugi dzień kiedy analizowałem czasy stwierdziłem, że spałem kilkanaście minut. Niedopuszczalne przy tym ciśnieniu czasowym ale tego nikt nie zarejestrował, po prostu chcieli dać mi odpocząć.

Gokart niby naprawiony. Kompletnie skołowany na komendy chłopaków siadam jak cyborg i kręcę kółka.

Dobrze jedzie się w nocy, przy oświetlonym torze. Zaczyna mi być zimno, zakładam ortalion i dodatkową bluzę.

 

 

 

05.00

Gokart zaczyna przerywać. Jak robię zakręty w prawo, których jest więcej to nie jedzie, jak w lewo to przyspiesza.

W głowie słyszę tylko przelewającą się wodę. Jest mi zimno. Cały czas jadąc muszę przełykać ślinę. Liczę sekundy do przerwy, chce mi się rzygać.

Gokart przerywa. Zatrzymuję się w boksie. Chłopaki szukają problemu. Ja na zmianę pawiuję i kładę się, żeby choć na sekundy zasnąć. Czuję się fatalnie ale na hasło "jedziesz", zrywam się z podłogi i jak zaprogramowany jadę swoje. Znowu czasy poniżej minuty.

Jak sprzęt działa dobrze to zaczyna mi się dobrze jechać bo wstaje słońce.

Jak sprzęt przerywa to się wkurwiam bo zmęczenie robi swoje.

Dystans mamy na styk, czyli trzeba na maksa skrócić przerwy i jechać coraz szybciej.

W słońcu jest nadzieja. 

Długie przerwy techniczne mają ogromną wadę. Podczas tych kilkuminutowych napraw i szukania problemu stygną opony, a wtedy przez pierwsze dwa, trzy okrążenia jadę wolniej bo wózek się ślizga. Jest niska temperatura i dużo wilgoci na torze.

 

 

05.30

Ostatnie kółka na moim gokardzie to już walka. Jedzie, nie jedzie, jedzie, nie jedzie.

Przerywa, przyspiesza, przerywa, przyspiesza. 

To mnie mocno wybija z rytmu jazdy. Jest już widno i zaczynam nowe życie ale technika zawodzi coraz bardziej.

Zjeżdżam do boksu i wsiadam do zastępczego gokarda. Taka roszada jest możliwa po minimum 15 minutach naprawy właściwego sprzętu (przepisy).

Zaczynam jazdę dużo wolniejszym wózkiem. Chłopaki próbują znaleźć problem. Niby wszystko wygląda dobrze ale po parunastu okrążeniach na zakrętach w prawo silnik przerywa. Walczą. Walczę.

 

 

06.00

Dojeżdżam do pełnej dwunastki (18.00 - 6.00).

Sprawdzam dystans. Straciliśmy wszystkie przerwy techniczne. Żeby zrobić rekord potrzebuję mojego gokarda i muszę jechać non stop kolejne 12 godzin, bez awarii.

Chłopaki znajdują problem. Ja się kładę na glebie, żeby odpocząć. Maks siada do mojego wózka i robi próbę.

Po pierwszym okrążeniu słyszę, że jedzie dobrze.

Walczę ze sobą, żeby wstać, założyć kask i kręcić kolejne sześćset kółek.

Przy kolejnym jego okrążeniu słyszę jak silnik przerywa.

Odkładam rękawice i zasypiam na dwie godziny.

Błędnik uspokaja mi się dopiero w poniedziałek. Kumanie bazy wraca w niedzielę.

 

 

Mam fantastycznych przyjaciół, na których wiem, że mogę liczyć.

Grzesiek, Maciek, Diabeł, Maks, Śliwka i Hubert oraz Patryk bardzo mnie wspierali i pomagali. Naprawdę zrobili grubą robotę.

Pozostali chłopacy, którzy w trakcie przygotowań poświęcili mi dużo czas - Witek, Bodek, bracia B. i wielu innych, też bardzo dużo mi pomogli.

Nieocenieni okazali się ludzie pracujący na torze. Roman i cała jego ekipa.

No i w końcu mam całą masę znajomych i przyjaciół, którzy trzymali kciuki, którzy wsparli gdyńskie hospicjum i na których też, często mogę liczyć.

 

Następna akcja na jaką się szykuję nie będzie drugą próbą pobicia rekordu gokartem.

To była świetna zabawa, świetna szkoła techniki gokartowej, super ściganie i ciężki kawał roboty.

To co lubię najbardziej.

Ale ja lubię poszukiwać. Lubię nowe wyzwania, więc tam teraz kieruję swoją energię.

 

 

Dzięki!

tomek

 

fot. Grzegorz Urban 

 

imprezy off-road, rajdy 4x4, land rover, range rover, turystyka alternatywna, wyprawy 4x4, wyprawy off-road, land rover off-road
Szybki kontakt:
Tomek Staniszewski+ 48 607 318 880tomek@free4x4.pl

Copyright [c] 2007-2019 4x4 FREE Off Road Club! All rights reserved.

Projekt i wykonanie: demeco.pl